Wzruszająca historia, MUSISZ to przeczytać :(

Gdy przyszedłem pierwszy raz do gimnazjum, mając 13 lat, ona pierwsza podała mi rękę. Przedstawiła się. Nazywała się Jule, przeniosła się z Niemiec, więc jej „Czjes” zamiast „Cześć” bardzo mnie śmieszyło.

Byliśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Żadna miłość, ona nie rozumiała tego pojęcia, a ja kierowałem się zasadą „znajdź sobie drugą osobę na całe życie”, a nie „znajdź drugą połówkę”.

W naszej szkole Jule była najbardziej radosną osobą. Zawsze z tym swoim dziwnym uśmiechem na mój widok i nieśmiertelnym „Czjes”!

Zżyliśmy się bardzo, ale nigdy nie doszło między nami do pocałunku. Często uciekaliśmy ze szkoły i włóczyliśmy się, gadając o różnych sprawach. Ona też mnie bardzo lubiła, to właśnie na mój widok czasami się rumieniła.

Pewnego dnia, w kwietniu, gdy mieliśmy 14 lat, zdarzył się koszmar.

Na nic złego się nie zapowiadało. Musiałem zostać po lekcji, by porozmawiać z nauczycielem na temat konkursu z fizyki. Jule wyszła sama ze szkoły i wtedy zdarzyła się tragedia.

Gdy przechodziła przez jezdnię, jakiś pijany gość w czerwonym Audi wjechał prosto w nią. Gdy dostrzegła zbliżający się pojazd, zaczęła biec, pochylając głowę. Niestety nie zdążyła. Czerwony pocisk zmiótł ją z jezdni jak szmacianą lalkę.

To była chwila. Na oczach tłumu gapiów, wbiegłem na jezdnię i siadłem przy Jule.

Potrząsałem, sprawdzałem czy oddycha (oddychała), wołałem o pomoc. Ludzie zgromadzeni wokół nie reagowali, sam zadzwoniłem na 112. Podałem dyspozytorce adres. Do dziś doskonale pamiętam ten dialog:

Dyspozytorka: Numer alarmowy 112, co się dzieje i jaka potrzebna jest pomoc?
Ja: Jestem X, na ulicy Y samochód uderzył moją… Zawachałem się. Przez pierwsze kilka milisekund chciałem powiedzieć „Jule”. Wydało mi się to naturalne…
… moją przyjaciółkę! Krwawi jej głowa, przyjedźcie szybko!

Kilka minut i jedzie ambulans. Ratownicy kładąc ją na nosze nie pozwalają mi jechać z nimi. Żaden argument do nich nie trafia. Gdy odjechali, uklęknąłem i przy tych wszystkich ludziach krzyknąłem „Nie”!

Wstałem. Nie wiedziałem, co robić. Serce podpowiadało „idź do szpitala, znajdź ją”. Mimo tego poszedłem do domu. Rodziców nie było w mieszkaniu, bo pracowali do późna. Zadzwoniłem do nich, powiedzieli żebym poczekał do jutra, wezmą mnie do szpitala. Cały dzień przeleżałem wpatrzony w sufit.

Gdy przyjechałem do szpitala, zobaczyłem ją. Leżała na szpitalnym łóżku. Jej rodzice nie przyszli, okazało się, że są na delegacji. Podszedł do mnie lekarz i powiedział, że wie, że to ja wezwałem pomoc i dlatego wydaje mu się, że może mi powiedzieć, że rodzice Jule jeszcze się nie zjawili. Powiedział też słowa, po których nogi się pode mną ugięły:

– Grozi jej stan wegetatywny. Jej mózg żyje, ale niestety na razie jest w śpiączce. Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle się obudzi.

Wybiegłem ze szpitala.

Chciałem o tym zapomnieć. Chciałem by żyła. Byłem niewierzący, ale poszedłem do kościoła. Lekarze powiedzieli, że szansa na poprawę będzie po dwóch tygodniach. Z ich zapowiedzi zrobił się miesiąc, z miesiąca – trzy miesiące, a z trzech miesięcy – rok. Prawie o wszystkim zapomniałem.

Gdy miałem 18 lat i planowałem studia, poszedłem do kliniki, w której przebywają pacjenci w stanie śpiączki, by odwiedzić Jule. Zacisnąłem zęby i nawet nie pytając się pielęgniarek o wejście, wkroczyłem.

Zobaczyłem ją. Jedna z pielęgniarek pomagała jej utrzymać pozycję stojącą. I wtedy Jule na mnie spojrzała.

Nie minęła sekunda, wypowiedziała „Igor” i momentalnie podbiegła, mimo że kilka chwil temu nie potrafiła ustać samodzielnie na własnych nogach. Rzuciła mi się w ramiona.

Dzisiaj Jule mi się oświadczyła.

Byłem jedyną osobą, którą poznała po przebudzeniu. Nawet własnych rodziców nie skojarzyła.

Od jej zaśnięcia do przebudzenia minęło 5 długich lat.

Kocham Cię, Jule.